wtorek, 26 lipca 2016

Nocne myśli

Nie mogąc zasnąć zmówiłem kolejny pacierz. Myśli kotłują się w głowie: tej nocy, w tej chwili, co się dokonuje? Są pewnie myśli płynące do Boga, może ciche łkania, są miłosne wyznania i ciemne interesy.

I gdzieś na dnie serca przeraża prawdopodobieństwo, że w jakiejś szalonej głowie może dojrzewać decyzja by zabić, by znów uderzyć i przerazić. Tak wiele niewinnych ofiar, których istnienia zostały nagle przerwane. I byli wśród nich zapewne wierzący jak i nie, zginęli również muzułmanie. Podnoszą się dyskusje na temat Europy i Polski. Wiele niedomówień, a te rodzą nieporozumienia.

Chrześcijanin pyta się w sercu o to, w jaki sposób z jednej strony realizować ducha gościnności i pomocy, a z drugiej jak dbać o własny dom i bezpieczeństwo tych, których powierzono jego pieczy. Ziemia, dziedzictwo, ojcowizna, tradycja - wszystko to, co Boża opatrzność dała nam, jako Polakom przed wiekami, co stanowi o naszej tożsamości i sile. Łatwo w takiej sytuacji, gdy emocje również odgrywają rolę, popadać w skrajności: z jednej strony wrogie wobec obcych getto, a z drugiej w naiwną lewicową ideologię wielokulturowych społeczeństw, która ostatnio w sposób tragiczny weryfikuje swą słabość i nieodpowiedzialność jej heroldów.

Jedna rzecz na pewno "powiodła" się terrorystom: wzbudzili niepokój i strach. Ludzie stali się nieufni, patrzą jeden na drugiego z rezerwą i podejrzliwością.

Są takie momenty, kedy trzeba przyznać swoją bezradność: nie wiem jak potoczy się historia najbliższych miesięcy. Czy kolejne zamachy są kwestią czasu? A może Europa będzie musiała ze wstydem pożegnać się z polityczną poprawnością i w pokorze powrocić do swych korzeni, jak choćby do wielkiej Francji "Córy Kościoła". Może ten kryzys posłuży jakiemuś odrodzeniu? Czy i tym razem Polska odegra jakąś szczególną rolę?

środa, 11 listopada 2015

Kilka myśli na XXXIII Niedzielę Zwykłą

XXXIII niedziela zwykła, to przedostatnia niedziela roku liturgicznego. W czytaniach mszalnych w tych dniach daje się odczuć pewne napięcie, oczekiwanie. Stopniowo wyłania się z nich prawda o przewidzianym przez Boga ostatecznym losie świata i człowieka. Schyłek roku liturgicznego ma nam przypominać o naszym powołaniu do wieczności, o przemijalności i kruchości świata oraz naszych małych „światów”.

Dzisiejsze czytania, zarówno z Księgi Daniela, jak i z Ewangelii wg św. Marka kreśląc apokaliptyczne wizje pewnego końca, chcą nam powiedzieć, że istnieje kres wyznaczony przez Bożą opatrzność. Dzieje świata, tak bardzo zagmatwane i tragiczne, są – mimo naszych częstych wątpliwości – prowadzone przez Boga ku ostatecznemu celowi, ku pojawieniu się Jego królestwa.

Pierwsze czytanie dodaje nam odwagi – co jest zwłaszcza ważne w tym listopadowym okresie refleksji nad życiem i śmiercią, wspomnień naszych bliskich, którzy przekroczyli już próg wieczności – że zmartwychwstaniemy, że dobry Bóg po naszej śmierci pewnego dnia ponownie wypowie nad nami nasze imię, które jest przecież zapisane w księdze życia. Zawarta w tym czytaniu przestroga o możliwości wiecznego potępienia nie ma na celu straszenia nas, wpędzania w poczucie lęku i winy. 

Dojrzałość chrześcijańska przejawia się w świadomości, że będę musiał odpowiedzieć za moje czyny popełnione podczas życia. Czyny dobre będą wynagrodzone, za czyny złe, za grzechy i nieprawości muszę pokutować – czy to już tu na ziemi, czy też kiedyś, przed Bożym majestatem. Zawsze wraca do mnie wówczas ten obraz z katechez Izraela, że oto na sądzie ostatecznym anioł Boży ukaże mi ampułkę ze łzami osób, które przeze mnie płakały, którym zadałem ból i cierpienie. Nie możemy nigdy tracić z oczu tej perspektywy wieczności.

Ale to słowo, oprócz wymiaru pewnej przestrogi, jest również zachętą do świętego życia, opartego o sprawiedliwość i miłość, o przeżywanie swojej codzienności w pokorze i prostocie, w służbie Bogu i bliźnim, w uwielbieniu Boga za najprostsze przejawy Jego obecności. Żyjąc w ten sposób, nie będziemy lękali się przyszłości, będziemy szli ku wieczności z odwagą, jak po obiecaną nagrodę, jak na spotkanie z najukochańszą osobą – bo tak też w istocie będzie: w miłości Boga spełniają się i otrzymują doskonały wymiar wszystkie nasze ziemskie miłości, nasze ludzkie relacje przyjaźni, kochania, współczucia – oczyszczone i udoskonalone, wierzymy, że będą nam towarzyszyć. Zapowiedź sprawiedliwego sądu to również nadzieja na to, że Bóg ujmie się za wszystkimi, którzy niesprawiedliwie cierpią. Czasem, gdy bezradnie rozkładamy ręce, gdy oczy zroszone są łzami, gdy w gniewie zaciska się nasza pięść, bo tak reagujemy, to właśnie pamięć o Bożej sprawiedliwości, o tym, że jest kres zła wyznaczony przez Boga i również Jemu znany jest kres złoczyńców, przynosi nam ulgę i nadzieję.

Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii zachęca nas do czujności, do umiejętnego odczytywania znaków Jego nadejścia. Ale bądźmy ostrożni i nie popadajmy w naiwne profetyzmy. Z jednej strony Pan Jezus mówi, że tak jak obserwujemy świat stworzeń, przyrody (drzewo figowe) i na tej podstawie wyciągamy wnioski o czasie plonu, zbioru owoców, zmianie pory roku, to podobnie mamy obserwować wydarzenia, jakie dokonują się na świecie. Chrześcijanin, który opiera swoje życie na Bogu, znajduje siłę w intymnej relacji z Bogiem na modlitwie, w słuchaniu jego Słowa, w karmieniu się Najświętszą Eucharystią, będzie umiał rozeznać prawdziwe nadejście Pana. Będzie potrafił odrzucić fałszywe proroctwa, mające czasem pozory prawdy, i skupić się na tym jedynym przyjściu, na które przecież z utęsknieniem czeka. A z drugiej strony sam Chrystus zapewnia, że ten moment pozostanie na zawsze tajemnicą.

Wspaniałym utwierdzeniem nas w tej drodze jest również Psalm 16, który nazywamy mesjańskim, gdyż jego słowa odnoszą się do Chrystusa i w Nim znajdują swoje wypełnienie. To tych słów używa św. Piotr w swojej przemowie po zesłaniu Ducha Świętego: oto w Chrystusie spełnia się obietnica, że Sprawiedliwy nie pozostał w grobie, powstał z martwych. Z tego faktu wypływa dla nas nadzieja, że jest przygotowane każdemu z nas wieczne szczęście po Bożej prawicy, że pokornie ufając Bogu i opierając się o Niego, On sam będzie nas strzegł i nieustannie ukazywał nam ścieżkę życia pośród tylu innych, prowadzących ku śmierci.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Dzieciaki z 80-tych


Obudziłem się w świecie, który przestał być czarno-biały. To znaczy, on nigdy takim nie był... 

Przez łzy dostrzegłem wielość barw, złożoność spraw, niewytłumaczalnosć zdarzeń...  i tę samotność na barykadzie, gdzie przed chwilą było nas tak wielu.

Zbyt duża cena by trwać? Czy jest jeszcze inny świat? Obiecane Niebieskie Radości tlą się gdzieś na dnie. 

Dziecięce, majowe przyrzeczenia, szczere słowa rzucone Bogu do stóp. 

Ale potem przychodzi życie, a zbroja dziurawa i ekwipunek zbyt słaby, no i droga daleka. "Myślałeś: będzie prościej". "Zmutowane" chrzcielne DNA, bo życie, bo to i tamto. 

środa, 21 maja 2014

Święci - Dzieci Kościoła

Od kanonizacji dwóch Papieży minął już prawie miesiąc. Rzym, po przyjęciu ogromnej rzeszy pielgrzymów, powrócił do swojego rytmu, czyli i tak do bycia miastem zawsze tłumnie odwiedzanym. Kanonizacja była dla mnie na pewno ważnym przeżyciem, choć uczestniczyłem w niej niejako "od kuchni", pełniąc posługę w naszym kościele św. Alfonsa na Eskwilinie. Przez nasz niewielki przecież kościół przewinęło się w dniach kanonizacji kilka tysięcy pielgrzymów - w większości z Polski. Trzeba było być dla nich, "po to święcili".

Sam akt kanonizacji oglądałem w telewizji. To, co mnie w nim uderzyło, to określenie kandydatów do kanonizacji jako "wybrane dzieci". Termin ten pada podczas dialogu pomiędzy kardynałem proszącym o akt kanonizacyjny, a Ojcem Świętym.  Dlaczego wywarło na mnie to tak duże wrażenie? Ponieważ w tym momencie kwestią jakby drugorzędną było to jakie funkcje na ziemi spełniali Jan XXIII i Jan Paweł II. Byli księżmi, biskupami, papieżami - w porządku. Ale przede wszystkim byli Dziećmi Kościoła, zrodzonymi do wiary w sakramencie chrztu. I ten chrzest w nich zasiany, jak ziarnko gorczycy, wydał plon świętości. Te Dzieci Kościoła w momencie kanonizacji manifestują owoce, jakie zrodziło drzewo ich życia wiary. Dotarło do mnie ponownie to, co gdzieś się "wie", że każdy z nas jest na drodze do świętości. Każde z nas. Dzieci Kościoła, uzdalniane jest mocą chrzrtu i później innych sakramentów, liturgii oraz Słowa, aby coraz bardziej stawać się świętymi, "drugimi Chrystusami" - chrześcijanami w tym świecie. 

W obrzędach chrztu świętego, po udzieleniu sakramentu, następują tzw. obrzędy wyjaśniające. Niesamowite, jakże inaczej brzmią te słowa, gdy spojrzymy na nie z perspektywy kanonizacji; mając przed sobą Dziecko Kościoła, które przeszło już drogę na ziemi i w mocy sakramentu chrztu dostąpiło świętości.

Namaszczenie krzyżmem świętym:
Bóg wszechmogący, Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który cię uwolnił od grzechu i odrodził z wody i z Ducha Świętego, On sam namaszcza cię Krzyżmem zbawienia, abyś włączony w lud Boży, wytrwał w jedności z Chrystusem Kapłanem, Prorokiem i Królem na życie wieczne. Amen.

Włożenie białej szaty:
(N) Stałeś się nowym stworzeniem i przyoblokłeś się w Chrystusa, dlatego otrzymujesz białą szatę. Niech twoi bliscy słowem i przykładem pomagają ci zachować godność dziecka Bożego aż po życie wieczne. Amen.

Wręczenie zapalonej świecy:
Przyjmijcie światło Chrystusa. Podtrzymywanie tego światła powierza się wam, rodzice i chrzestni, aby wasze dziecko, oświecone przez Chrystusa, postępowało zawsze jak dziecko światłości, a trwając w wierze mogło wyjść na spotkanie przychodzącego Pana razem z wszystkimi Świętymi w niebie.

wtorek, 20 maja 2014

Dzisiejsza święta - La Storia di Chiara | Chiara Corbella Petrillo

La Storia di Chiara | Chiara Corbella Petrillo


Artykuł za: Nasz Dziennik - http://www.naszdziennik.pl/swiat/2264,oddala-zycie-za-syna.html



zdjecie
Zdjęcie: tumblr.com/ -

Oddała życie za syna

Środa, 27 czerwca 2012 (07:02)
Miała zaledwie 28 lat, ale swoim życiem przepełnionym miłością do Boga i człowieka, bezgraniczną wiarą w wartość Krzyża i pokorą wobec zdarzeń, których wraz z mężem musieli doświadczyć, Chiara Corbella Petrillo staje się dla nas drogowskazem w codziennym życiu. Podobnie jak św. Joanna Beretta Molla poświęciła swoje życie, by chronić życie poczętego dziecka. Jej pogrzeb odbył się 16 czerwca br., w uroczystość Najświętszego Serca Matki Bożej.

Można ją było spotkać u redemptorystów w rzymskim kościele św. Alfonsa Liguoriego; wraz z matką wyśpiewywała Bogu chwałę w tamtejszym chórze. Była pełna życia, miała mnóstwo planów, swoją radością zarażała innych.
Podczas pielgrzymki do Medjugorie poznała Enrico, swojego przyszłego męża. Pobrali się 21 września 2008 roku. Niedługo potem - pomimo "rozsądnych" wskazań otoczenia, by zaczekać i zadbać o karierę - cieszyli się poczęciem pierwszego dziecka. Podczas jednego z kolejnych badań USG młodzi rodzice dowiedzieli się, że dziewczynka, której oczekują, jest poważnie chora. W takiej chwili lekarze proponowali, by "zakończyć ciążę". Rodzice jednak ani na chwilę się nie zawahali. Wbrew obawom Maria Grazia Letizia przyszła na świat w sposób naturalny. Co prawda żyła zaledwie 30 minut, ale były to minuty przepełnione niezwykłą miłością. Rodzice zatroszczyli się o obecność kapłana, który zdążył ją jeszcze ochrzcić i przygotować na spotkanie z niebieskim Ojcem.

Krótko po tym zdarzeniu Chiara i Enrico powtórnie zostali rodzicami. Tym razem na świat przyjść miał chłopiec - Dawid Józef. Po kilku miesiącach okazało się, że chłopczyk nie ma nóg i również dotknięty jest śmiertelną chorobą. Nie poddali się i z jeszcze większą ufnością przygotowywali się do jego narodzin dla Nieba. Urodził się 24 czerwca 2010 r. i podobnie jak siostra został od razu ochrzczony, po pół godzinie był już w gronie świętych.
Po niespełna roku, 30 marca 2011 r., Chiara urodziła całkowicie zdrowego synka - Franciszka. I pewnie po ludzku można by wreszcie mówić o jakiejś rekompensacie, ukojeniu, gdyby nie fakt, że już wtedy od kilku miesięcy było wiadomo, iż Chiara cierpi na raka. Gdy kobieta usłyszała diagnozę, bez wahania podjęła decyzję o odsunięcia leczenia na czas po porodzie - by nie zaszkodzić maleńkiemu dziecku.

Pogrzeb Chiary

Piętnaście miesięcy później Chiara przegrała walkę ze "smokiem", jak mawiała o swojej chorobie, i 13 czerwca - w dniu, kiedy wspominamy Matkę Bożą Fatimską - dołączyła do dwojga swoich dzieci w Niebie. Nim odeszła, napisała list-testament do małego Franciszka.

"Idę do nieba, by zaopiekować się Marią i Dawidem, a ty zostaniesz tutaj z tatusiem. Będę się stamtąd za ciebie modlić. Pięknie jest mieć przykłady życia, które przypominają, że można dążyć do pełni szczęścia już tutaj, na ziemi, z Bogiem jako przewodnikiem. Wiemy, że jesteś wyjątkowy i masz wielką misję do spełnienia. Pan pragnął cię od zawsze i pokaże ci właściwą drogę, jeśli tylko otworzysz Mu swoje serce. Zaufaj Mu, bo warto!" - to między innymi te słowa znalazły się w jej przesłaniu do syna. Odczytał je publicznie jej mąż Enrico podczas ceremonii pogrzebowej 16 czerwca, w uroczystość Najświętszego Serca Matki Bożej.
Do rzymskiego kościoła Santa Francesca Romana przybyły na tę okoliczność rodziny z całego kraju, w szczególności młodzi z malutkimi dziećmi. Liturgię pogrzebową, podczas której wybrzmiewały pieśni skomponowane przez Enrico, koncelebrowało ponad 20 księży, obecny był również ks. kard. Agostino Vallini, wikariusz papieski dla diecezji rzymskiej.
Sama Chiara - zgodnie z jej wolą - ubrana była w suknię ślubną. Nic dziwnego - tuż przed śmiercią wysłała SMS do swojego proboszcza następującej treści: "Z zapalonymi pochodniami oczekujemy na przyjście Pana Młodego".
Podczas homilii o. Vito d´Amato, franciszkański spowiednik Chiary, nawiązał do ludzkich dylematów i ludzkiego sposobu postrzegania choroby i śmierci. Przywoływał pytania, które człowiek bardzo często stawia sobie w obliczu dramatów takich jak te, którym sprostać musieli Chiara i Enrico: "Boże, dlaczego akurat oni?", "Dlaczego tak małe dziecko?", "Boże, gdzie jesteś?". I mówił: "Kiedy przychodziło się do Enrica i Chiary, odkrywało się zupełnie inną mądrość. Odkrywało się nowe słowa. Rzeczy nigdy dotąd niesłyszane. "Gdzie jest napisane, że śmierć jest jedynie czymś potwornym?", "Gdzie jest napisane, że mieć upośledzone dziecko czy samemu cierpieć niepełnosprawność jest tragedią?", "Gdzie jest napisane, że umierać jest czymś strasznym?"".

Jak relacjonowali uczestnicy pogrzebu, cała uroczystość była hymnem na cześć Miłości i szczęścia, które dokonało się za sprawą wspaniałej rodziny, która żyjąc pełnią chrześcijańskiej wiary, mówiła swoje "TAK" aż po heroizm.
- Było nam dane przeżyć naprawdę pełnię życia. (...) Również poprzez życie naszych dzieci odkryliśmy, że nie ma większej różnicy, czy życie trwa 30 minut, czy sto lat. Wspaniale było odkrywać tę wzrastającą miłość za każdym razem, kiedy musieliśmy stawić czoła jakiemuś problemowi czy dramatowi. W rzeczywistości poprzez wiarę widzieliśmy, że za tym kryje się jakaś jeszcze większa łaska od Pana Boga. Stąd też coraz bardziej zakochiwaliśmy się w sobie nawzajem i w Jezusie. Ta miłość nigdy nas nie zawiodła - mówił w rozmowie z Radiem Watykańskim Enrico Petrillo.
Anna Bałaban

wtorek, 25 marca 2014

Kilka myśli na IV Niedzielę Wielkiego Postu

Liturgiczny okres Wielkiego Postu ma podwójny charakter: chrzcielny i pokutny. Jest to czas, w którym wszyscy, jako wspólnota Kościoła, wstępujemy na świętą górę Paschy. Ochrzczeni, poprzez pokutne praktyki, przygotowują się do odnowienia swych chrzcielnych przyrzeczeń, katechumeni natomiast, poprzez specjalne ryty i skrutinia, zmierzają do przyjęcia sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego podczas nocy paschalnej (por. List okólny o przygotowaniu i obchodzeniu Świąt Paschalnych, 6). W tym też kluczu katechetycznym napisane są poszczególne Ewangelie III, IV i V niedzieli Wielkiego Postu. Chrystus objawia się w nich jako „woda życia” (III), „światłość świata” (IV) oraz „zmartwychwstanie i życie” (V).

Oczywiście, choć większość z nas przyjęła sakrament chrztu świętego w dzieciństwie, a gwarantami przekazania nam wiary byli rodzice i chrzestni, to jednak czujemy potrzebę nieustannego odnawiania się w wierze, zstępowania do wód chrztu, aby jeszcze pełniej zrozumieć nasze chrześcijańskie powołanie. Temu służy właśnie okres Wielkiego Postu, jego bogata symbolika, odpowienie lektury biblijne, zewnętrzne znaki. Kościół zaprasza nas do wyruszenia w tę drogę, której zwieńczeniem będzie blask paschału przypominający i uobecniający tę noc, 

„która światłem ognistego słupa rozproszyła ciemności grzechu” i „uwalnia wszystkich wierzących w Chrystusa na całej ziemi od zepsucia pogańskiego życia i od mroku grzechów”.

Tej nocy, na którą czekamy, rozbrzmi ponownie radosne „Alleluja!”, a my będziemy mogli ponownie wyrzec się zła i odnowić naszą przynależność do Chrystusa.

Trzeba nam więc wsłuchiwać się w dzisiejszą Ewangelię, dać się przez nią dotknąć, skonfrontować, zidentyfikować się z tym ślepcem, który zostaje w cudowny sposób uzdrowiony przez Chrystusa. Co oznacza być niewidomym? Mogę tutaj tylko teoretyzować, próbować wyobrazić sobie, jak takie życie może wyglądać. Jakaś ogromna niepewność w stawianiu kolejnego kroku, poczucie krzywdy bycia okradzionym z piękna tego świata. Uporczywe poszukiwanie kogoś, kto mógłby tę ślepotę wyleczyć – chwytanie się każdej nadarzającej się okazji… Na płaszczyźnie czysto ludzkiej czy nie jest tak, że nasza umiejętność widzenia jest dla nas tak oczywista, że przestaliśmy praktycznie doceniać ten dar? Przyzwyczailiśmy się, że widzimy, że jesteśmy świadkami (świadek, to ten, który widział i może o tym zaświadczyć) tysięcy zdarzeń, nie zadziwiają nas zmieniające się pory roku, blask słońca, biel śniegu czy kwitnące kwiaty… Warto może czasem, zamiast narzekania, ucieszyć się tym, co mamy.

Ewangeliczny ślepiec symbolizuje człowieka, który bez światła wiary, bez spotkania z Chrystusem pozostaje niewidomy: nie widzi albo też nie widzi właściwie, jego obraz rzeczywistości jest zafałszowany. Sposób życia, działania, myślenia i mówienia takiego człowieka nie wypływa z relacji z Chrystusem, ale ma swoje źródło w osobistych przekonaniach i osądach. Jego natura jest bowiem zraniona grzechem pierworodnym i nie została jeszcze całkowicie uleczona. Trzeba w tym miejscu powtórzyć nauczanie Kościoła, mianowicie że grzech ma swoje skutki w życiu człowieka. Nie jest, jak to wielu pojmuje, dobrą rzeczą, a zakazaną przez księży, lecz destrukcyjną siłą, upokarzającą każde Boże dziecko. I więcej, grzech, obok niszczenia relacji z Bogiem i bliźnim, sprawia w człowieku to właśnie, że nie potrafi on właściwie widzieć rzeczywistości. Jest przedziwna zależność między życiem w łasce a trzeźwym osądem rozumu, który pozwala właściwie wybrać! Znów możemy powrócić do nocy paschalnej, kiedy to ciemności świątyni zostają przełamane, zwyciężone blaskiem paschalnej świecy. Ta ciemność, zanim rozbłyśnie światłem, jest przerażająca. Człowiek uświadamia sobie, że nie może zrobić ani kroku, bo nie wie, co go czeka – czy się nie potknie, czy kogoś nie zrani… Nie zna drogi, jest bezradny. I to właśnie pokazuje relacja Chrystusa i ślepca z dzisiejszej Ewangelii. Jezus jest tym, który przywraca wzrok, pozwala widzieć świat, fakty, własne życie takimi, jakie są.

Sposób, w jaki Chrystus uzdrawia ślepca, może wydawać się dziwny, wprost upokarzający. Jezus spluwa i czyni ze swej śliny i piasku błoto, którym okłada jego niewidzące oczy. Jest niczym Stwórca, który ponownie kształtuje człowieka, odnawia jego zepsutą grzechem naturę. Błoto nałożone na jego oczy to również symbol Bożego słowa, które sprawia, że powoli, niełatwo, ten, kto słucha, zaczyna widzieć. Jedynie ono bowiem ma do nas, jako dzieci Kościoła, pełne prawo! Tylko Chrystus ma prawo interpretować nasze życie! Ileż to razy cierpieliśmy, słuchając innych nauczycieli, pozwalając się dotykać innym lekarzom! Ważne jest również posłuszeństwo ślepca. Robi dokładnie to, co nakazuje mu Jezus. Bez dyskusji, bez negocjacji, czy innego mojego „widzimisię”. To także wyzwanie dla naszego indywidualizmu: poddać się Jemu, jedynemu, który wie, co jest dla mnie najlepsze i gdzie znajduje się moje uzdrowienie.

Niech więc nasza droga ku górze Paschy będzie bogata w rozmyślanie nad naszą ślepotą. Nie bójmy się analizować naszego życia, nazywać po imieniu te wszystkie rzeczywistości, które zasklepiają bielmem nasze oczy. Dziś, na tej liturgii, obecny jest Boski Lekarz, światłość świata. Pozwólmy się Mu dotknąć, poprowadzić do obmywających źródeł sakramentów, aby żyć i widzieć naprawdę.

wtorek, 4 marca 2014

Na św. Kazimierza

4 marca obchodzimy święto św. Kazimierza, patrona Polski i Litwy. W tym właśnie dniu, w 1484 roku, a więc 530 lat temu, zmarł nasz święty Rodak, mając zaledwie 26 lat.

Kult, jaki spontanicznie rozwinął się po śmierci Świętego, najlepiej świadczy o tym, że była ona pożyteczna. Jesteśmy pewni, że wielu ludzi dzięki świadectwu życia Kazimierza mogło utwierdzić się na drodze świętości lub też nawrócić się. Jest to więc pierwsze przesłanie, jakie wypływa z tego dzisiejszego święta: Bóg ma na wszystko swój czas, zawsze najlepszy, zawsze służący zbawieniu człowieka. Choć to często dla nas niepojęte, owszem, trudne, to na końcu z Bożego działania rodzą się wspaniałe owoce. Nawet śmierć kogoś świętego, widziana jako Boża wola – bo Bóg czyni jedynie rzeczy dobre – rodzi wiele cudów.

Św. Kazimierz, pomimo pewnej dziejowej przepaści, jest – tak jak każdy święty – konkretnym znakiem, wskazówką. Boże dzieło w nim dokonane rozbłyska światłem, którego blask nie gaśnie wraz z upływem wieków. Takim ważnym znakiem jest dla nas wolność św. Kazimierza od przywiązań do rzeczy materialnych. Choć jego proweniencja pozwalała mu na życie na wysokim poziomie, on poprzestawał na tym, co konieczne; z korzyści, jakie przynosiło mu królewskie pochodzenie, nie czynił żadnej karty przetargowej ani też nie traktował tego jako taryfy ulgowej. Według tradycji, można było zobaczyć św. Kazimierza pośród ubogich, jako tego, który im służy i pomaga. Według tradycji miał sam tak o sobie mówić: „królewicz nie może nic przystojniejszego czynić, jak w ubogich służyć samemu Chrystusowi”. Nieobce mu były również pokutne praktyki, jak noszenie włosienicy, spanie na podłodze, długie posty, pogarda dla zaszczytów, itd. Ale przede wszystkim trwał on na długiej modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. To bowiem z relacji z Chrystusem, bardzo osobistej, rodzą się wszystkie dobre czyny; ona jest tym zasianym nasieniem, które później wydaje owoce. Jest więc i kolejne przesłanie skierowane dla nas od Świętego: Żyj w prostocie, dostrzegaj zawsze wokół potrzebujących, nie szczędź czasu na modlitwę, ona bowiem jest źródłem dobrego życia.

W dzisiejszej Liturgii Słowa, znamienny jest refren Psalmu 16, który wspólnie powtarzamy: „Pan mym dziedzictwem, moim przeznaczeniem”. Mesjański psalm odnoszony jest przede wszystkim do Chrystusa, który po spełnieniu misterium paschalnego otrzymuje nagrodę „wiecznej rozkoszy po Twojej [Boga] prawicy” (Ps 16, 11); Chrystus to ten, którego ciało nie uległo skażeniu w grobie (por. Ps 16, 10). Nadzieja ta przepełniała z pewnością serce św. Kazimierza. Czyny, jakich dokonywał w swoim krótkim przecież życiu, świadczą o tym, że był zorientowany ku tym „wiecznym radościom”. W tym kontekście trzeba nam nieustannie pytać się: do czego lgnie moje serce? Czy znajduję choć moment w moim nerwowym, pracowitym dniu, aby myśleć i pragnąć „wiecznych radości”?

Naszego Patrona możemy również lepiej zobaczyć w świetle Ewangelii. Jezus w Wieczerniku pozostawia swoim uczniom, a więc i wszystkim dzieciom Kościoła, testament w formie przykazania miłości. Ona będzie odtąd znakiem rozpoznawczym chrześcijan: bezwarunkowa miłość wobec bliźniego. Jezus mówi, że to On sam wybiera uczniów i przeznacza ich, aby przynosili owoc (por. J 15, 16). Ale ten owoc, czyli wiara w Zbawiciela i podążanie za Nim, jest możliwy tylko wówczas, gdy uczeń Chrystusa jest autentyczny, wiarygodny. Miłość właśnie – taka, o jakiej mówił Pan i którą sam objawił na drzewie krzyża – jest poświadczeniem gloszonej prawdy. Nie głoszę Jezusa, aby mieć z tego jakieś wymierne korzyści, bo często będzie przeciwnie – spotka mnie odrzucenie. To, co posiadam, co mogę zaoferować człowiekowi, to tylko i aż Ewangelia oraz świadectwo mojego życia – nieustannego powracania do Pana. Zdolność do praktykowania przykazania miłości – wyznacznika chrześcijaństwa – to nie owoc narzuconego z góry moralizmu, lecz dzieło Ducha Świętego. Dzięki słuchaniu Bożego słowa, celebracji sakramentów – których szczytem jest Eucharystia – oraz modlitwie stopniowo uzdalnia nas On do miłowania na wzór Chrystusa, upodabniając nas do Niego.

Przykazanie miłości znalazło swoje wypełnienie również w życiu św. Kazimierza. Zafascynowany Bogiem czynił to, co możliwe, aby ludzie poznali i pokochali Chrystusa. Może nawet nie mówiąc o tym wprost, lecz po prostu pełniąc czyny miłosierdzia, sprawiał, że ludzkie serca się przemieniały, że odnajdywały swoje ukojenie w Zbawicielu. Niewątpliwie królewskie pochodzenie Kazimierza pomagało mu docierać do wielu ludzi. Naturalny autorytet, jaki dawała mu jego pozycja, mógł otwierać niejedne drzwi, a na pewno musiał prowokować pytania: „Jeśli ty, choć jesteś królewiczem, tak się poświęcasz dla Boga i bliźniego, to w tym musi coś być…”. Władza, która służy, która dostrzega potrzeby tych będących najniżej, to ideał dla rządzących wszystkich czasów. Św. Kazimierz, choć nie był królem, to jednak mógłby niewątpliwie być nauczycielem naszych politycznych elit, gdyż pokazuje swoim przykładem, co tak naprawdę znaczy słowo „rządzić”. Gdy ludzie zobaczą, że ktoś ich kocha, że rządzi, bo chce im służyć, że jest autentyczny, że szuka dobra innych…, to za wszystko, co robi, spotka go podwójna wdzięczność.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Poniedzielne refleksje: odważna matka, przemijalność życia i wieczność

We wczorajszej liturgii Słowa (XXXII Niedziela Zwykła, C) znalazłem wiele słów nadziei. Zbiegają się one z listopadowym okresem, kiedy to wspominamy naszych bliskich Zmarłych. Temat wczorajszych czytań to właśnie życie wieczne, wiara w zmartwychwstanie wypływająca ze zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią. Historia siedmiu braci męczenników ukazana w pierwszym czytaniu (czytanie z przyczyn praktycznych jest trochę skrócone - warto przeczytać cały tekst, czyli 7 rozdział 2 Księgi Machabejskiej) ukazuje wiarę w zmartwychwstanie ciał po śmierci oraz mężną postawę młodzeńców, którzy nie godzą się na kompromis wyrzeczenia się swojej wiary w zamian za darowane życie. Ich spojrzenie sięga dalej, poza granicę śmierci. Uderzyła mnie też postawa matki siedmiu synów (konieczne przeczytanie całego fragmentu) kiedy to dodaje im odwagi, aby się nie ulękli lecz pozostali wierni do końca. Musiało to być niesamowicie trudne przeżycie. Jestem mężczyzną i trudno jest mi sobie wyobrazić co czuje kobieta i matka widząc cierpiące dziecko, a tutaj aż siedmioro dzieci. Naturalnym odruchem jest chęć uratowania dziecka. W tym przypadku na szali są dwie wartości: więzy krwi i więzy duchowe - wiara w Boga. I choć to wydaje się niepojęte, te więzy duchowe otrzymują pierwszeństwo. Kojarzy mi się też w tym momencie scena z filmu "Pasja", kiedy to Jezus upada pod krzyżem i natychmiast podbiega do niego Maryja (przeżywając jednocześnie reminiscencję dzieciństwa Jezusa i jego ówczesną nieporadność oraz zależność od Matki). a on szepcze: "oto wszystko czynię nowe". Również tutaj z więzów krwi rodzi się nowa relacja, nowa rzeczywistość.

Z postawy matki siedmiu synów wypływa konkretna katecheza dla współczesnych rodziców chrześcijańskich (zapewne niejedna feministka powinna zachwycać się nad silną postawą tej kobiety): Wasze dzieci żyją na ziemi, aby żyć wiecznie. Są dane Wam przez Boga nie jako własność lecz jako pewien depozyt. Najważniejszym zadaniem jest wprowadzić dzieci w pełnienie woli Boga, w rozeznanie Jego planów odnośnie ich życia. Nauczenie postawy, że pewne prawa są bezdyskusyjne: nigdy chrześcijanin nie będzie się kłaniał obcym bogom (dziś oblicza bożków są odmienne, choć mechanizm jest ten sam; z drugiej strony czy tak bardzo się różnimy od mentalności hellenistycznej, która promowała kult ciała, rozwiązłość, wielobóstwo, itd?). Nauczenie dzieci również tzw rozeznawania duchów, czyli umiejętnego, krytycznego analizowania propozycji, które konforntują: od kogo to pochodzi? czy jest dobre i prawdziwe? czy za fasadą dobra i prawdy nie kryje się zło i kłamstwo?

Wiara w życie wieczne, jaka wypełnia serce chrześcijanina, nie zwalnia go z odpowiedzialności za jego konkretną rzeczywistość. To tak jak z obrazem drzewa, które zakorzenione w ziemię swoje gałęzie kieruje ku górze: chrześcijanin, chociaż zakorzeniony w tym świecie, żyjący jego pełnią, wie, że zmierza ku innej rzeczywistości. Przeżywa swoją przemijalność jako sposób na dojście do pełni. Bardzo spodobały mi się słowa bpa Kiernikowskiego, jakie zawarł w komentarzu do tego czytania:
Rozwiązaniem jest więc nie próba zachowania siebie, lecz wykorzystanie swojej przemijalności. To właśnie dzięki tej przemijalności, dzięki temu, że jesteśmy gotowi przeżywać swój kres, możemy spotkać Tego, kto nie jest przemijalny, kto wiecznie trwa i kto daje nam udział w tym Jego trwaniu na miarę tego – jakby proporcjonalnie do tego – jak my jesteśmy gotowi zaakceptować naszą przemijalność (http://blogs.radiopodlasie.pl/bp/?p=3501).
Nie damy rady zachować swojego życia, pomimo coraz większych możliwości techniki i medycyny (jak to trafnie ujmuje Tomasz Budzyński w piosence "Umieraj": Nie mamy szans, nie mamy żadnych szans. Czy to nie piękne, czy to nie jest piękne?). Pan Bóg tak to ułożył, że musimy przejść na drugi brzeg. Ale właśnie wiara oświeca nam tę wędrówkę w kierunku śmierci i życia. Obok nas kroczy Ten, który "wkroczył w śmierć" i powrócił żyjący. Chrześcijaństwo w Chrystusie posiada właśnie klucze do zrozumienia tajemnicy śmierci. Nie do jej banalizowania, ale do jej przekroczenia. Dlatego też, w kontekście ostatniej dyskusji o Halloween, Kościół się będzie sprzeciwiał takim formom mówienia o śmierci. Choć jest pokonana, to pozostaje tajemnicą, wprowadza ból i smutek, często związana jest z niesprawiedliwością czy też z nieoczekiwanymi zjawiskami atmosferycznymi (patrz ostatni huragan na Filipinach). Chrześcijanin wie, że śmierć jest konkretna, zimna, nie jest przedmiotem żartu, nie będzie jej oswajał lub banalizował, lecz zamilknie, przyniesie otuchę cierpiącym, a gdy to będzie tylko możliwe obwieści prawdę o Zmartwychwstałym (stąd też tak ważne są liturgie pogrzebowe pięknie celebrowane!!!).

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Nostalgia


A gdy już się ogołocisz
i wyzujesz się ze złudzeń
wokół zabrzmi jedynie cisza.

Dławić się będziesz pozorami miłości
i będziesz wypluwał tę letniość,
którą się stałeś za cenę chwili.

Bo pępowina przyssana do protezy miłości w końcu się zapcha
a Ty sam już nie zniesiesz fałszu w szatach prawdy
i idola z twarzą Zbawcy.

Zatęsknisz i powrócisz
po sandały, szatę i pierścień.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Zapomnienie o Bogu

Czy żyjemy w epoce zapomnienia o Bogu? A może, jak mówi mój Profesor, ludzie zapomnieli o tym, że zapomnieli o Bogu. Widząc, że "i bez Boga wszystko działa dobrze" (Bonhoeffer), wielu wygasiło to pytanie w swym sercu.

Ale czy ludzie stracili wiarę? Byłoby to w pewnym sensie lepsze rozwiązanie. Mając bowiem niegdyś wiarę, zachowują pamiątki wiary w sercu, a więc zawsze mają dokąd wrócić, zawsze ta ścieżka powrotu do domu jest w zasięgu ręki, a i ten dom czeka cierpliwie.... i można dostrzec, że migoce wciąż światło na zewnątrz, i przedziera się uparcie przez gałęzie drzew w najciemniejszą, deszczową i zimną noc.

Obawiam się jednak, że wielu młodych ludzi nie otrzymało takiego spotkania wiary. Nie zgodzę się z argumentami, że stwarzajmy chociaż dobry klimat w naszych kościołach, to może kiedyś sobie przypomną i wrócą. Nie do klimatu mają wracać a do Jezusa Chrystusa. Nie do młodzieżowego księdza i muzyki pop na liturgii lecz do spotkania ze Zmartwychwstałym.

Z czym wypuszczamy młodzież z naszych duszpasterstw. Czasem się boję, że stawiamy ich na pierwszej linii frontu zupełnie bezbronnych.

środa, 19 czerwca 2013

Spotkanie oczu


Spotkanie oczu.
Tych, które szukały i znalazły
i tych, które jeszcze tej nocy, 
już osuszone z łez bólu, 
zasnute były śmiercią, 
pajęczyną nicości.

Niedoszłe spotkanie dłoni.
Tych, które obejmowały szukając miłości 
i tych, które z miłości właśnie przebite, 
werżnęły się w surowość drzewa. 
... I objęły całą ludzkość 
Aż po głębiny piekła.

środa, 27 lutego 2013

Razem z naszym Papieżem i Biskupem Benedyktem

"Razem z naszym Papieżem i Biskupem Benedyktem". Tę formułę odczytałem dziś z Mszału podczas Mszy św. Jeszcze tylko raz, jutro - ale do godziny 20. Przedziwna sytuacja. Wiele myśli w głowie wobec tej nowej dla nas rzeczywistości. Trzeba się modlić I starać się kochać Kościół tak jak Benedykt XVI.

niedziela, 4 listopada 2012

piątek, 2 listopada 2012

Na dynię

Nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Przeglądając dziś różne newsy na fb natrafiłem na wiele zdjęć osób - bardziej lub mniej znajomych - przedstawiających "świętowanie" nocy z 31 października na 1 listopada. Zakrwawione twarze, pozorowanie trupów, rogate diabły, itd. Jednym słowem kpina ze śmierci. Swego rodzaju chęć oswojenia, zbagatelizowania tej rzeczywistości, która dla każdego z nas jest wciąż tajemnicą.

Jest też we mnie trochę złości i złośliwości. "Zakrwawieni" groźni zawodnicy, zawsze bezpieczni z telefonem do mamy pod ręką: super impreza, Mamusiu, jeszcze trochę zostanę, czy mogę? Tak, mamo, jestem ciepło ubrany, jest naprawdę super, właśnie przywieźli pizzę...

Chcesz chłopie śmierci? To idź na cmentarz. Mało ci? Idź na pogrzeb, stań nad otwartą trumną. Jeszcze mało? To idź do umierajacych. Wspieraj ich w ostatnich momentach ziemskiego życia. Chwyć stygnącą, umierającą dłoń i ogrzej ją ciepłem twojego zdrowego (jeszcze!) ciała. Spójrz prawdziwej śmierci w oczy i... milcz!

środa, 31 października 2012

Gdy brakuje już słów

Nie stracić z oczu Chrystusa,
co to w rozpadliny skalne schodzi,
by tę jedną odnaleźć.

Dobrego Pasterza,
który ostatnim tchnieniem
szepcze:
"Pragnę".

Miłość Kochającego
i wolność błądzącego.

A gdy skrzyżują wzrok,
spotkają się łzy miłości i skruchy
i powróci prostota dzieciństwa,
kiedy On był jej, a ona Jego.